Wyobraźnia


Rysownik wszedł do pokoju po czym, zamknąwszy drzwi na klucz usiadł przy wąskim, oświetlonym przez małą halogenową lampkę, biurku. Krótki ołówek zaczął krążyć między jego palcami. Dwa obroty w prawo, trzy w lewo. Pomagało mu to w myśleniu. A myślał. I to dość intensywnie patrząc na wywijasy poczynane przez ołówek.

· Idioci – zaczął sam do siebie – dwa dni na komiks….

Redakcja, lokalnego brukowca zleciła mu narysowanie komiksu. Robił to już tysiące razy. Teraz jednak siedział w swym małym, brudnym mieszkaniu i jakoś nic nie przychodziło mu do głowy.

· Dobra! - wykrzyknął nagle po czym odrzuciwszy krzesło wstał i stanął przed oknem.

Ciemność ogarniała cały plac.

· Nie, nie to już było… - kontynuował swój monolog, wciąż obkręcając ołówek palcami – żarty o politykach? Nie to już wyczerpany temat…

Puk, puk, puk. Ktoś stukał w drewniane drzwi od jego pokoju.

· Pani Łucjo mówiłem, że jestem cholernie zajęty – krzyknął ze złością – niech pani już sobie idzie, tak pamiętam o czynszu jeśli o to chodzi.

Puk, puk, puk

· Czy pani ogłuchła?! - odrzekł zirytowany.

Nikt się nie odezwał. Jedynie cisza. Cisza miasta o północy.

Podszedł do drzwi. Przekręcił w zamku klucz. Pociągnął za klamkę. Poczuł chłodny powiew powietrza, smród klatki schodowej. Za drzwiami nie było nikogo.

· Rysowniku – odezwał sie głos znikąd. Głos spokojny i łagodny. Kobiecy.

· Co jest do cholery? - odrzekł artysta, przecierając oczy ze zdziwienia. - Za dużo fajek, z pewnością! Kim jesteś, no i gdzie przede wszystkim?

· Tacy, jak ty nazywają mnie Wyobraźnią.

· Jacy “tacy”?

· Artyści – odrzekła Wyobraźnia.


* * *


Krople wody, z pękniętego stropu, spadały rytmicznie na czoło śpiącego. Mężczyzna podniósł się energicznie. Rozejrzał się po małym mieszkaniu. Wstał szybko i wsuwając klapki na stopy podbiegł do drzwi. Otworzył je z taką siłą, że zawiasy wydały ostry, piszczący dźwięk. Rozejrzał się. Na końcu korytarza zauważył zgarbioną postać.

· Wyobraźnio!? - zawołał.

· Czy pan nie przesadza, panie Johns? Nie dość, że nie płaci pan czynszu to jeszcze krzyczy o ósmej rano po korytarzu.

· Ah, to pani…- odrzekł z nutką zawiedzenia w głosie – pani wybaczy.

Wsunął się z powrotem do mieszkania.

· A więc to był tylko sen? - Rysownik uspokoił się.

Usiadł przy biurku. Czekał tam na niego ołówek i kartka papieru z terminem zleconego przez redakcję zadania.

· O cholera! - przypomniał sobie po cichu – to na jutro? Dobra, trzeba coś wymyślić.

Wziął ołówek do ręki, przyłożył rysik do papieru. Machnął parę kresek. I jeszcze trochę.Trzasnął pięścią w stół. Zgniótł kartkę ze zniecierpliwieniem, rzucił za siebie, sięgnął po następną. Znów narysował parę nic nie znaczących lini i plam. Znów nic. Sięgnął jeszcze po trzecią i czwartą. Gdy wyrzucał za siebie dziesiąty już z rzędu skrawek papireu, wstał i kopnął z impetem w krzesło. Zarzucił na ramię wiszący na stojaku płaszcz, złapał paczkę papierosów po czym wyszedł, trzaskając przy tym drzwiami.


* * *


Pub, w którym się znalazł, mieścił się w cichej, wąskiej uliczce, niedaleko rynku. Był w nim sam. Jedynie barman za ladą, z posępną miną, wycierał kolejne kufle po piwie. Rysownik sączył bez pośpiechu złocisty trunek. Oparty jedną ręką o stolik, rozmyślał. W milczeniu starał się znaleźć źródło jego artystycznego niepowodzenia.

Może się starzeję – pomyślał z uśmieszkiem na twarzy – może Bóg odebrał mi wenę bo nie płaciłem czynszu tej staruszce? A może po prostu wyczerpałem już zasoby wszelkich pomysłów?

Zamilkł.

A może – podjął znowu – może to wina tych cholernych fajek?

Spojrzał na trzymanego w ręku papierosa, po czym zgasił go w resztkach piwa.

· Proszę pana..?! - barman wyłonił sie zza drzwi zaplecza.

· Słucham? - odrzekł Johns znudzonym głosem.

· Ee, dziwna sprawa, jakaś kobieta dzwoni i mówi, że chce z panem rozmawiać.

· Ha, kobieta?

· Tak w rzeczy samej. Proszę za mną. - powiedział barman poczył zniknął za drzwiami. Rysownik podniósł się z krzesła i podążył do zaplecza. Podniósł słuchawkę telefonu.

· Witaj Rysowniku – zabrzmiał znajomy już głos.

· Wyobraź…. - wykrzyknął niemal, ale nie dokończył. Barman wpatrywał się w niego ze zdziwieniem. - Zaczekaj chwilę….

· Czy mógłby mnie pan zostawić samego? - zwrócił się do barmana.

· Taa, dziewczyna? Hehe, już sobie idę – dodał ironicznym głosem po czym wrócił do czyszczenia kufli.

· Wyobraźnio to ty? - zwrócił się znów do słuchawki.

· Owszem mój drogi.

· Jak..? Skąd wiedziałaś, że tu jestem. - nie nadążał za swoimi myślami – Kim ty wogóle jesteś?

Brzdęk obijanych o siebie kufli dochodził z pomieszczenia obok.

· Powoli… - uspokajała - Skąd wiedziałam to nieistotne. A co do tego kim jestem… Przecież Ci mówiłam, jestem Wyobr…

· Dobra, dobra – przerwał nagle rysownik – powiedzmy, że wierzę w te twoje brednie. Czego ode mnie chcesz do cholery?

· To raczej ja powinnam zapytać o to ciebie – odrzekła swym spokojnym i melodyjnym głosem – potrzebowałeś mnie, więc przybyłam.

· Ja potrzebowałem…?! - zapytał zdesperowany, próbując poukładać wszystko w jedną całość – przecież ja mam wyobraźnię…! Mam prawda?! Powiedz, że mam! - krzyknął.

W sali obok pękło szkło. Kufel spadł na podłogę. Barman głośno przeklnął.

· Narysuj więc coś – odezwał się głos w słuchawce.

Johns milczał. Wiedział, że nie ma pomysłu na nowy komiks. Wiedział, że rozmówczyni ma rację.

· Dobrze – zaczął – potrzebuję twojej pomocy.

· Ja juz ci pomogłam mój drogi – jej spokojny głos czuł w całym swoim ciele – Przyszłam do ciebie, ty to musisz tylko wykorzystać. Do wielu artystów już przychodziłam. Wszyscy jesteście tacy sami. Oczekujecie, że dam wam gotową pracę, gotowy komiks czy wiersz. Dlatego jesteście artystami bo tworzycie. Tworzycie coś czego wcześniej nie było. Ja nie mogę tworzyć za was. Jestem tylko wyobraźnia, inspiracją, natchnieniem waszych umysłów. Jestem tu po to by otworzyć ci, mój drogi rysowniku, wrota granic twojej wyobraźni. Ja jestem nieskończona, pamiętaj o tym. Jedyną granicę tworzysz ty sam. A teraz pozwól, że cię pożegnam. Czas odwiedzić inne zagubione artystyczne dusze. Żegnaj.

Rysownik usłyszał sygnał informujący zakończenie rozmowy. Do zaplecza wszedł barman. Mówił coś do niego jednak on nie słuchał. Chwycił płaszcz. W jego ręce kręcił się ołówek.


* * *


Na placu kręcił się tłum ludzi. Każdy pchał się do pobliskiego saloniku prasowego. Ci, którzy trafili tam pierwsi, opuszczali już budynek z lokalną gazetą w rękach. Jakieś dziecko dręczyło mamę, aby ta przeczytała kolorową historyjkę raz jeszcze. Rysownik ściskał w biurze dłoń naczelnego. I usiadł przy biurku, nie tym wąskim i brudnym od wylewanej kawy. I nie w tym małym, obskurnym mieszkaniu. Komiks przyniósł mu sukces. Sukces dał mu szczęście. A komiks, dała mu Wyobraźnia.


Autor:

~cnq